Ślub konwersacji

Czy siostra w welonie będzie się modlić
Za dzieci stojące u bramy
Co nie odejdą, lecz nie potrafią się modlić

T.S. Eliot

 

Bywa tak, że mecz się dłuży. Sędzia dolicza minuty albo mój wewnętrzny zegar jakoś inaczej je mierzy, albo jest dogrywka i karne. Dłuży się. Nie narzekam, bo ludzie chcą się rozerwać, no i dobrze. Ale świat hałasujący u drzwi jest pewną trudnością, temu nie można zaprzeczyć. Chcąc uniknąć rozpaczy, należy wtedy zastosować zatyczki do uszu – szpunty, jak mi powiedział jeden z naszych Czechów. Bo jest u nas dwóch Czechów. Wrócę jeszcze potem do tych zatyczek, ale teraz chciałem o czym innym.

Mamy więc w domu dwie narodowości, a może niedługo będzie jeszcze trzecia. W sąsiednim domu sióstr jerozolimskich, po drugiej stronie kościoła – oprócz Polek oczywiście – Francuzka, Francuzka z domieszką krwi wietnamskiej oraz Szwajcarka z francuskim paszportem i korzeniami w Meksyku. Tak że globalizacja. Przygląda nam się z zaciekawieniem kilkoro kandydatów na kandydatów, z sąsiednich narodów, z południa i wschodu, może coś z tego będzie. Tego chyba Pierre-Marie nie planował. Ale biblijne Jeruzalem jest miastem wszystkich narodów i pewnie tak ma być. To dlatego w niedzielę są u nas czytania w obcych językach. Nie żeby było widać, że tak dobrze je znamy, bo prawdę mówiąc różnie z tym bywa, ale chodzi o tę otwartość, o to, że dom jest dla wszystkich, swoich i przychodniów. I przechodniów.

Można oczywiście nauczyć się angielskiego czy włoskiego, lepiej albo gorzej, to jeszcze nie jest takie trudne. Nawet polskiego można się nauczyć, chociaż tego akurat próbują nieliczni. Ale zobowiązanie do otwartości – bo chodzi o jakieś zobowiązanie, można powiedzieć: powołanie – jest czymś więcej. Wiem przecież, że w tym mieście, wszędzie wokół mnie mieszkają ludzie, których mowa różni się od mojej bardziej niż języki obce. Żyjący obok, ale w innych światach, całkiem niepodobnych do mojego, jakby w dalekich krajach, gdzie wszystko jest inaczej. Może nie wszystko? Jakkolwiek by było, nie chodzi już o opanowanie pewnej ilości nowych słów. Spróbować zobaczyć świat cudzymi oczami, zaryzykować i stanąć na miejscu innego. Pozwolić mu opowiedzieć swoją historię. Z takiej wycieczki nie wraca się nietkniętym. Wszystko się przesuwa, rzeczy okazują się mieć inne strony, nieznane wymiary. Dawne własne miejsce jest i nie jest już takie samo, i widok, jaki się z niego roztacza, nie jest ten sam, co dawniej. Od czasu do czasu człowiek patrzy wstecz i dziwi się, jak bardzo go zmieniły te podróże. To mozolne poszerzanie pola widzenia.

Posłuchać mowy miasta, usłyszeć świat… Więc co z tymi zatyczkami? Z wyjątkiem rzadkich przypadków konieczności zalecam sobie jednak ich unikać. „W tym wieku tłumów, w którym postanowiłem być samotnym, może najcięższym grzechem będzie biadanie nad obecnością ludzi u progu mojej samotności. Czyż mogę być tak ślepy i nie widzieć, że samotność jest ich najgłębszą potrzebą?”– Thomas Merton zapisał te słowa w Znaku Jonasza, mogłyby się znaleźć i w późniejszym Ślubie konwersacji.

udostępnij na FB

POZNAJ INNE ZAPISKI