Między ciszą a ciszą

słyszę
jak byle kto mówi byle co
do byle kogo

Tadeusz Różewicz

 

To było na samym początku. Nawet jeszcze przed początkiem, zanim na dobre powstała wspólnota w Paryżu. Pierre-Marie miał wokół siebie kilkunastu braci-kandydatów, próbowali stawiać pierwsze kroki. Byli razem na południu Francji, w jego rodzinnych stronach, a on, spacerując sam w lesie, spotkał kartuskiego mnicha. Kto zna trochę mniszy świat, ten wie, że kartuzi to bardzo rzadki gatunek, a przy tym najbardziej małomówny ze wszystkich. Pierre-Marie tak potem opowiadał o tym spotkaniu:

„Piłował wielki kawał drewna. Spytał mnie, kim jestem i czym się zajmuję. Wyjawiłem mu nasz projekt założenia, za dwa miesiące, monastycznej wspólnoty w mieście. Zamilkł i zaczął znowu piłować swój pień, bez słowa. Widziałem, że się zastanawia i modli. Potem zwrócił się w moją stronę i nie podnosząc jeszcze oczu, rzekł: «To ważne». Znowu umilkł i podjął przerwaną pracę. Czułem, że doda coś jeszcze. Wyprostował się i, tym razem patrząc wprost na mnie, powiedział: «To coś bardzo ważnego dla dzisiejszego Kościoła». Jeszcze raz pochylił się nad robotą. Nowa, dłuższa niż poprzednio chwila ciszy. Wreszcie, spoglądając jakby daleko przed siebie, oznajmił: «Dla Paryża to jest sprawa życia lub śmierci. Miasto potrzebuje nowych mnichów». Po czym wrócił do pracy. Byłem skonsternowany. Pomyślałem: «Chyba jednak przesadza». Od tamtej pory trochę lepiej zrozumiałem, co miał na myśli”.

Przechowujemy wspomnienie o tym spotkaniu pewnie trochę jako powód do dumy, czemu nie. A jeszcze bardziej dlatego, że mówi najprościej, najcelniej o tym, po co jesteśmy w mieście. Bo to wcale nie jest oczywiste. Czyż mnisi nie szukali, nie szukają nadal ustronnych samotni, żeby tam odnaleźć swoje przeznaczenie? Ale jest w tej historii coś jeszcze. Lekcja poglądowa z milczenia i mówienia. O tym, że cisza jest czymś innym, niż czasem myślimy, że nie jest synonimem pustki, a bywa nawet jej przeciwieństwem. O tym, jak w milczeniu rodzi się słowo, jak nabiera kształtów, staje się świadome siebie, pogłębia się i dojrzewa. Jak cisza rozdzielająca słowa pozwala widzieć coraz więcej i pełniej. Jak staje się drogą w głąb. Dopiero w niej przychodzi to, co naprawdę warto powiedzieć. Co trzeba powiedzieć. Same z siebie odpływają puste słowa, nikomu do niczego niepotrzebne. Ukazują się takie, jakie są naprawdę. Opadają z nich pozorne sensy, a z nas, często, potrzeba mówienia. Wszystko jest bardziej przejrzyste, świat – wyraźnie prostszy. Nie łatwiejszy, prostszy.

 

Na dzisiaj wystarczy. Zapisuję dokument, zamykam komputer. Na stole leży zakładka do książki: spokojna powierzchnia wody, zarys górskiego grzbietu na dalekim brzegu, a na ich tle zdanie: „Cisza jest pełnią słowa”. Podpisano, a jakże, „mnich kartuski”.

udostępnij na FB

POZNAJ INNE ZAPISKI